sobota, 18 listopada 2017

24 Próbowałem już wszystkiego

               Wiedziałem, że będzie to ciężki i trudny dzień, jak tylko otworzyłem oczy. Jednak byłem winny sam sobie, zgadzając się na to, by sięgnąć po przyniesiony przez Clifforda alkohol. A gdy on się skończył… Skończyło się także nasze w miarę racjonalne myślenie, które jeszcze do nie dawna pomogło nam w jakiś sposób kontrolować to wszystko, co się działo. Jednak, gdy dorwaliśmy się do moich zapasów, uznając, że mieszanie trunków to nic takiego… Aż skrzywiłem się na samą myśl o tym, co było potem.
                Pierwszy raz w życiu tak bardzo żałowałem tego, że nie urwał mi się film. Jak na złość pamiętałem wszystko. Jakby los w taki sposób dodatkowo mnie pokarał. Najlepiej by było, gdyby łącznie z poalkoholową amnezją, zniknęły te żenujące rzeczy, jakie wysłałem do dziewczyny, którą tak cholernie kochałem. Nawet teraz, gdy o tym myślałem, robiło mi się gorąco ze wstydu. Czy to łóżko może mnie połknąć tak na zawsze? Po tym, co odwaliłem wczoraj, tym bardziej obawiałem się tego, jak będę mógł jej spojrzeć w oczy. A zaczęło się, jak zwykle od niewinnego telefonu…
                  Z początku ja i Michael chcieliśmy się w jakiś sposób odciąć od tych kłótni i przykrych słów, jakie padły w obu przypadkach. Z każdym jednak kolejnym wypitym kieliszkiem, nasze postanowienie zaczynało się zmieniać. W końcu doszliśmy do wniosku, że przecież skoro jesteśmy razem, to będziemy emocjonalnie silniejsi, więc czemu by nie poprawić tego, co obaj schrzaniliśmy. Najpierw zadzwoniliśmy do Maddie. Dziewczyna odebrała od razu, a potem słysząc, w jakim jesteśmy stanie, kazała nam dobitnie się odczepić i zadzwonić, jak się ogarniemy, a co najważniejsze  wytrzeźwiejemy. Michael uznał, że jest to ewidentny krok do zgody, więc skupiliśmy się na Holly. Tu niestety nie było tak łatwo.
                   Po kolejnej próbie nieudanego połączenia, wysłałem jej następne wiadomości. Gdy to nie poskutkowało, znów zacząłem molestować jej pocztę głosową. Do tego ostatniego dołączył też i Clifford, który w moim imieniu prosił ją o jakikolwiek kontakt. O ile to jeszcze dałoby się jakoś z dumą przegryźć, tak kolejne sceny wołały o pomstę do nieba. Zaczynałem zachowywać się, jak psychiczny maniak, który nie ma za grosz jakiegokolwiek zahamowania.
                   Dobrnąłem w końcu do tego momentu, w którym uznałem, że nic mi już nie wychodzi, a odzyskanie Holly będzie prawdziwym cudem. Z każdym następnym kieliszkiem nawet ta wiara uciekała, a ja już w końcu zaczynałem paplać o tym, że nigdy więcej jej nie zobaczę. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej popadałem w coraz to większy, pijacki dołek, z którego nie potrafiłem wyjść. Doprowadziłem się w finale do takiego stanu, że zacząłem histerycznie płakać, nie mając nad sobą żadnej kontroli. Clifford chciał mnie pocieszyć, ale widząc moje łzy, sam się rozkleił. No i oczywiście w takim stanie musiałem wpaść na idiotyczny pomysł, by ponownie ponowić próbę kontaktu z Holly. A to było… Upokarzające, bezmyślne, nieprzemyślane, zawstydzające, żałosne i… Nic dziwnego, że po tym całym płaczliwym bełkocie, czułem się jak idiota i nieudacznik w jednym. Najchętniej wymazałbym ten wieczór z pamięci. A także usunąłbym te wszystkie kompromitujące nagrania.
                   Nie dość, że psychicznie nie czułem się okropnie, to jeszcze fizycznie mój stan odbiegał od poziomu przyzwoitego i dobrego. Wyglądałem, jak wrak człowieka. Jak ktoś, kto balował przez tydzień albo przez długi okres walczył z jakąś poważną chorobą, z której nie do końca się wyleczył. Byłem blady, miałem podpuchnięte, przekrwione oczy, spierzchnięte wargi, istną pustynię w ustach, skręcony żołądek, który bolał. A w mojej głowie… Trwała totalna dyskoteka, oparta na mocnych bitach, które rozsadzały mi czaszkę. Najchętniej w ogóle nie ruszałbym się z łóżka. Niestety, ku nieszczęściu, ja i mój kumpel w piciu musieliśmy dzisiaj zjawić się w 5 Seconds of Summer, by odbębnić swoją zmianę. Praca czekała.
                  Przekręciłem się na bok. Ból głowy nasilił się. Skrzywiłem się, powoli obejmując ramionami poduszkę. Wiele bym dał za to, by ktoś przyniósł mi do łóżka coś przeciwbólowego. Najlepiej jakąś porządną, podwójną dawkę. Przestałem o tym myśleć w momencie, gdy złapałem za komórkę, by sprawdzić godzinę.
                   Moje oczy powiększyły się. Wyplątałem się pospiesznie z kołdry, a następnie zerwałem się na równe nogi. Lekko mną zakołysało, gdy świat przez chwilę zawirował. Zdecydowanie powinienem unikać takich gwałtownych ruchów. Jednak nie to teraz było ważne. Ja i Michael mieliśmy niecałą godzinę, aby się zebrać, wyszykować i dojechać na czas do pubu. Wiedziałem, że będzie to ciężkie zadanie, bo wstanie w jakim byliśmy, normalne czynności wydłużały się czterokrotnie.
                  Wyszedłem z pokoju. Mój wzrok od razu natrafił na bałagan, jaki znajdował się na stole  i poza nim też. Po podłodze walały się puste opakowania po przekąskach, okruchy czy rozdeptane na miazgę chipsy. Będę miał co sprzątać, jak wrócę do domu.
                  Spojrzałem na śpiącego. Michael zakopany był pod kocem, spod którego wystawała tylko jego czerwona czupryna. Podszedłem bliżej i nie czekając dłużej, szturchnąłem go w ramię. Wymamrotał tylko coś pod nosem, pewnie nadal tkwiąc we śnie. Ponowiłem próbę obudzenia chłopaka. Dopiero piąte podejście dało jakiś skutek.
 No co?  jęknął, wynurzając się spod prowizorycznej pierzyny.
 Wstawaj, bo mamy duże opóźnienie.
 Napisz mi zwolnienie.
 Nie da rady.
 Nie chcę tam iść.
 Michael, mamy mało czasu  odparłem, kierując się w stronę łazienki.  Musimy otworzyć pub i… Chłopaki nas zabiją, gdy się dowiedzą, że obaj nawaliliśmy.
 Nie chcę.
 Clifford, rusz dupę!  krzyknąłem i zaraz tego pożałowałem, bo pulsujący ból głowy znów się nasilił.
                 Sycząc pod nosem, wszedłem w końcu do łazienki. Uznałem, że bardzo szybki, niemalże ekspresowy prysznic i mycie zębów, postawi mnie nieco na nogi i może tchnie we mnie odrobinę chęci do życia. Niestety, przeliczyłem się. Po doprowadzeniu się do jako takiego stanu używalności, nadal stwierdzałem zupełny brak energii do normalnego funkcjonowania. Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.

                  Wpadliśmy do 5 Seconds of Summer z ponad czterdziestominutowym opóźnieniem. Już w połowie szykowania, wiedziałem, że nie uda nam się być tam na czas. Na standardowym mocnym kacu mieliśmy tak powolne ruchy, że seniorzy z domu pogodnej starości poruszali się od nas szybciej. Dodatkowo żaden z nas nie nadawał się do tego, by kierować samochodem, więc musieliśmy jeszcze poczekać na przyjazd taksówki, która zawiozła nas do baru.
                  Na szczęście w takich godzinach lokal świecił pustkami  i to dosłownie. Ludzie zjawiali się później, więc mieliśmy jeszcze czas na to, by go odpowiednio przygotować. Mianowicie trzeba go było posprzątać po wczorajszej nocy, a także dołożyć tego, czego brakowało przy barze. W naszym stanie było to łatwiej powiedzieć niż zrobić. Szczególnie że nadal przy gwałtowniejszych ruchach, kręciło mi się w głowie, o śniadaniu nawet nie mogłem myśleć, bo robiło mi się niedobrze, a jedyne, co chciałem, to przyssać się do wielkiego baniaka z nieograniczoną ilością zimnej wody. Plus oczywiście proszki na dolegliwości poimprezowe, a dokładniej coś na wciąż nieustępujący ból w czaszce.
                  Żaden z nas nie miał też siły na to, by dłużej ze sobą rozmawiać. W sumie było mi to na rękę, bo naprawdę nie chciałem wracać do nocnych wydarzeń i tego upodlenia, którego się dopuściliśmy. Nadal czułem wstyd, przez to wszystko, co działo się u mnie w mieszkaniu. Obawiałem się, że to uczucie nie minie szybko, a ja będę je wałkował przez dobre kilka kolejnych dni. Czyli do momentu, aż nie zrobię kolejnej idiotycznej rzeczy. A ostatnio często mi się one przydarzały.
                  W czasie pracy zdałem sobie sprawę, że nie potrafię od tak uwolnić się od Holly. Moje myśli wciąż uciekały w jej stronę, a ja nie umiałem tego w żaden sposób kontrolować. Prawda była taka, że cholernie się nią martwiłem. Mimo tego, że doskonale wiedziałem, że jest u rodziców, to jednak niewiedza o tym, co dokładnie się z nią dzieje, wpychała mnie w szpony niepokoju. Gdyby chociaż raz odebrała telefon lub odpisała na wiadomość, wtedy może byłbym nieco spokojniejszy. Z jej strony jednak panowała cisza, a ja wciąż zastanawiałem się, co robi, gdzie dokładnie jest i z kim. Chciałem, by Holly była szczęśliwa. Robiłem wszystko, by tak było. Ale jak zwykle musiałem spieprzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Nadal obwiniałem się o całą tę sytuację, która doprowadziła do katastrofy. Wciąż żałowałem, że nie potrafiłem się powstrzymać, przed powiedzeniem tych kilku słów, które wcale nie były wtedy potrzebne. Zamiast złagodzić sytuację, podsyciłem tylko jeszcze bardziej konflikt, a potem… Potem było już za późno na ratowanie czegokolwiek. Jedną rzeczą przypomniałem jej o bolesnej przeszłości, z którą tak długo walczyła. Skrzywdziłem ją też w sposób fizyczny, kiedy doszło do tej z pozoru nie wielkiej  a dla niej przesądzającej o wszystkim  szarpaniny na środku chodnika. 
                 Żałowałem też tego, że nie zatrzymałem jej na czas. Że pozwoliłem jej odejść, a ona wykorzystała ten moment, odcinając się ode mnie. Zawaliłem sprawę po raz kolejny. Bo przecież, gdybym tylko bardziej się postarał, udałoby mi się zatrzymać ten przeklęty samochód.
                 Wielokrotnie też wyobrażałem sobie inne, znacznie łagodniejsze scenariusze. Że między nami dochodzi do spokojnej rozmowy. Że mam możliwość przeproszenia jej. Bez pretensji, unoszenia głosu. Że nadchodzi ta chwila wyciszenia i wzajemnego wysłuchania się. Szkoda tylko, że takie scenki pojawiały się w mojej głowie, a nie pokrywały się z rzeczywistością. Nadal stałem w martwym punkcie, nie wiedząc, jak odzyskać osobę, którą tak bardzo pokochałem, a którą w tak szybkim tempie straciłem.

~***~
                   Moi rodzice mieszkali na obrzeżach miasta, w bardzo spokojnej dzielnicy, na którą składały się rzędy niemalże identycznych, niewielkich domków. Kawałek od ulicy, znajdował się jedyny, większy, osiedlowy sklep, a potem park z kolorowym placem zabaw dla dzieci. Z każdej strony otaczała cię zieleń, jakby tych wolnych terenów było znacznie więcej, niż zamieszkanych posesji. Panowała tu cisza, która czasami bywała wręcz przytłaczająca.
                  Teraz jednak ta cisza była dla mnie zbawienna. Pozwalała na nieprzerywane głębsze myślenie. Jakby to miejsce pozwalało na pobycie samemu ze sobą. We własnym towarzystwie. Oczywiście nie mogłam mówić o byciu samej, kiedy rodzice również byli w domu. Na szczęście udało mi się zdobyć kilka takich momentów. A wtedy samotność była tym, czego tak potrzebowałam. Choć i tak moje myśli kręciły się wokół tej jednej, konkretnej osoby.
                   Kochałam Luke'a. Mimo tego, co się stało, nadal go kochałam, choć najchętniej zupełnie wymazałabym go z pamięci. Chciałam go też znienawidzić, ale nie potrafiłam od tak tego zrobić. Nie umiałam wmówić sobie tego drugiego uczucia, by naprawdę zacząć w nie wierzyć. Zapomniałam, że miłość potrafi być tak silna i trwała. Że mimo bólu, przykrości i łez, nadal obdarzasz nią drugiego człowieka, który cię skrzywdził. Jakby mózg wykrzykiwał sprzeczne informacje. Z jednej strony nawoływał do tego, by jak najszybciej się ewakuować, z drugiej zaś błagał o kontakt z tym, kogo tak bardzo się potrzebowało.
                   Nie chciałam jednak odcinać się od niego zupełnie. Chciałam choć raz w życiu w tej sferze uczuciowej zrobić coś dobrze. Coś, co byłoby właściwie. Wiedziałam jednak, że aby dojść do tego momentu, potrzebowałam czasu na zebranie się w sobie, poukładanie całości na nowo i kolejnej analizy, by wyciągnąć odpowiednie wnioski, które będą prowadzić do odpowiedniej postawy.
                 Mimo tego, co się stało, Luke był pierwszym chłopakiem, który do mnie dotarł. Który na nowo pokazał mi, jak to jest kochać i jak to jest czuć, że jest się kochanym. Choć nadal nie wiedziałam, co powinnam zrobić dalej, to jednak nie zamierzałam odciąć się od niego zupełnie. Odejść tak bez słowa, zapominając o wszystkim, co nas łączyło. Wiedziałam, że najlepszym wyjściem będzie spotkanie i rozmowa. A potem podjęcie decyzji: czy warto w ogóle brnąć w tę relację dalej czy odpuścić i rozejść się, tak by już nigdy więcej nie stawać na swojej drodze. Bo przecież każdy z nas popełnia błędy. Ani ja, ani on nigdy nie byliśmy idealni.
                  Nie potrafiłam jednak wyrzucić z głowy tych wszystkich słów, jakie padły przed lokalem. Tego, do czego się przyznał, a co wcześniej zataił. Poczułam się wykorzystana. Bo nasze poznanie miało na celu tylko i wyłącznie to, by on mógł wygrać głupi zakład. Miałam też do niego żal o te wszystkie zagrywki, jakie stosował, by zdobyć swój cel. Bo prawda była taka, że gdyby nie ja, próbowałby swojego szczęścia gdzieś indziej. Pech chciał, że połączyło nas coś więcej, niż tylko łóżkowa zabawa. Naiwnie chciałam wierzyć w to, że byłam dla niego tak samo ważna, jak on dla mnie. Choć teraz tak ciężko było odróżnić prawdę od kłamstwa. A co, jeśli to nigdy nie było autentyczne?
                  Nie umiałam też wyzbyć się tych wszystkich emocji, jakie czułam tamtej nocy. Wciąż odzywały się na nowo i nasilały się z każdą kolejną otrzymaną od niego wiadomością. A gdy tylko się uruchomiały, ja nie potrafiłam skupić się na niczym innym, jak tylko kolejnym odtwarzaniu tamtej sytuacji. Ból, łzy, niechęć, zawód, gorycz i żal. A potem doszedł do tego także i strach. Ciężko było mi zaprzeczyć przed samą sobą, że wtedy tak bardzo się go wystraszyłam. Wystarczył ten jeden moment, by Luke zmienił się w mojego byłego. I przez krótką chwilę widziałam przed sobą właśnie jego  osobę, która wywoływała nieprzyjemne dreszcze, poczucie upokorzenia i bezsilności. Potem to wszystko zniknęło, ale gorzki smak pozostał. Nie byłam pewna, czy w ogóle będę umiała spojrzeć na blondyna w taki sam sposób, jak kiedyś.
                    Z drugiej strony czułam się tchórzem, bo po raz kolejny postawiłam na ucieczkę. Jakby to miało mi pomóc, w poradzeniu sobie z tą sytuacją. Jakby to miało pomóc mi się podnieść. Prawda była taka, że uciekłam od problemu. Uciekłam także od niego. Tym razem jednak nie miało to trwać długo. To miało być tylko chwilowe rozwiązanie, aby na nowo zebrać się w sobie. A gdy całość zostanie ułożona, znów stanąć przed nim z podjętą ostateczną decyzją.

~***~
                  Po południu poczułem się lepiej. Oczywiście pod względem fizycznym. Ból głowy mijał, a ja byłem w stanie zjeść z Michaelem porządny, mocno kaloryczny obiad. Zresztą weszliśmy w tę fazę, w której byliśmy skłonni pochłonąć wszystko, co tylko było jadalne i co znajdowało się akurat na naszej drodze. Niedługo po tym do pubu zajrzał Ashton, a za raz po nim z zajęć wrócił Calum.
                  Mimo tego, że chłopaki doskonale wiedzieli, co działo się tej felernej nocy i tak nie oszczędzali mi bacznych spojrzeń, jakby to miało im pomóc w odgadnięciu mojego nastawienia, stanu emocjonalnego i poczucia beznadziejności. Na szczęście przestali zadawać pytania, na które nie chciałem odpowiadać. Nie obeszło się też bez wykładu na temat odpowiedzialności w stosunku do pracy i współpracowników. Prościej mówiąc, dostaliśmy wykład od taty Irwina, który skarcił nas za bezmyślne podejście i upicie się dzień przed robotą. Pod tym względem nie mieliśmy mocnych argumentów, by się obronić, więc uznaliśmy, że nie ma sensu się tłumaczyć. Trzeba było przyjąć kolejną porażkę na przysłowiową klatę i postanowić poprawę.
                   Naprawdę byłem przekonany, że moi przyjaciele dadzą mi odpocząć od tej sprawy z Holly. Że odpuszczą i nie będą wałkować po raz kolejny tego tematu. Nic z tego. Jak tylko wyszedłem z zaplecza, taszcząc kolejną zgrzewkę z sokiem, zauważyłem ich stojących ciasno obok siebie. Chłopaki rozmawiali ze sobą na tyle cicho, że nie dotarło do mnie ani jedno słowo. Gdyby nie zdradzieckie spojrzenie Michaela, któremu można pogratulować niskiego poziomu dyskrecji, z pewnością wmówiłbym sobie, że ich dyskusja nie dotyczy mojej osoby. Zielone oczy kumpla zdradziły jednak wszystko.
 Co znowu? – rzuciłem, czując narastającą irytację.
 My tylko… Tak rozmawialiśmy  odparł Hood, wzruszając ramionami.
 Tak rozmawialiście? Spoko  mruknąłem, kładąc zgrzewkę na ladzie. Przesunąłem ją w stronę Clifforda.  Może wyjdę?
 Luke, nie przeginaj  powiedział Ashton, kręcąc głową.  Nie jesteśmy przeciwko tobie.
 Wiem, ale… Moglibyście odpuścić?
– Martwimy się  rzucił otwarcie Calum, dokładnie mi się przyglądając.
 Martwicie? Zostawcie to i…
 Jesteśmy przyjaciółmi, więc… Zresztą nie muszę ci przecież tego tłumaczyć – odparł Irwin, opierając się o blat baru.  Gdyby któryś z nas był w takiej sytuacji, sam byś się tym mocno interesował, więc teraz się wypchaj z tym swoim odpuśćcie. Widzimy, co się z tobą dzieje i… Nie jest to fajny widok. Kochałeś Holly…
 Ja nadal ją kocham  wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
 Doskonale o tym wiem  pociągnął Ash.  Jednak to, co się stało…
 To nic pod tym względem nie zmienia  powiedziałem, patrząc na niego z niedowierzaniem.  Ja… Wiem, że to moja wina. Że zawaliłem, bo jestem idiotą. Że zrobiłem tak wiele błędów, ale… Może na daną chwilę nie mam pojęcia, jak ją odzyskać, ale cholernie chcę próbować dalej, bo…
 Luke, uspokój się  odparł cicho Michael, a ja dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak szybko oddycham.  Wiesz, że chcemy ci pomóc.
                  Naprawdę nie chciałem wyładowywać na nich tych wszystkich negatywnych emocji. Oni nie stali po stronie osób winnych. Zachowywali się po prostu jak przyjaciele  nieco wścibscy  którzy dbali o mnie na swój własny sposób. Po prostu często pojawiająca się frustracja i bezsilność sprawiały, że ciężko było mi się kontrolować.
 Przepraszam  wydusiłem, starając się na nich nie patrzeć.  Ja naprawdę… Nie mam pojęcia, co mogę jeszcze zrobić.
 Ale chyba ja wiem  odezwał się Hood, uśmiechając się lekko.
                 Ponownie skupiłem wzrok na chłopakach. Michael i Ashton wyglądali tak, jakby już wiedzieli, co dokładnie chce mi powiedzieć Calum. Może o tym między sobą rozmawiali? Zamrugałem, a potem uniosłem ze zdziwieniem brwi.
 Tego chyba jeszcze nie próbowałeś – pociągnął chłopak.
 Próbowałem już wszystkiego.
 Tego sposobu nie  odparł z zadowoleniem, a Irwin i Clifford pokiwali ochoczo głowami.
 Okej, mów.
 Zaciekawiony?
 Serio? Gadaj  rzuciłem, zajmując miejsce na pobliskim wolnym krześle. Hood usiadł obok mnie.
 Pomyślałeś o tym, by skontaktować się z nią za pomocą jej pracy?  zapytał powoli Calum. Potrzebowałem chwili, by mój mózg zaskoczył, o czym on dokładnie mówił.  Ponoć Holly pracuje tam, gdzie chce i kiedy chce.  Przytaknąłem cicho.  Mogę się założyć, że w miarę regularnie sprawdza nadesłane maile, w końcu za to jej płacą, prawda?  Tym razem pokiwałem głową.  Napisz do niej list.
 Co?
 List. Napisz w nim wszystko to, co chciałbyś jej powiedzieć. Może taki sposób do niej trafi? Oczywiście jest szansa na to, że jak tylko go zobaczy, to go skasuje, ale z drugiej strony może go przeczytać.
 Obstawiałbym to drugie  rzucił Michael.  W końcu dostajesz od kogoś długiego maila, który nie jest jakąś kijową i natarczywą reklamą, więc odruchowo, co robisz? Czytasz go.
 To… To jest dobre  wydusiłem, pukając się palcem po policzku.
 Dobre?  odparł Hood, marszcząc nos.
 Nie  powiedziałem, a potem poklepałem go po ramieniu.  To jest wprost genialne!
                     Zeskoczyłem z krzesła, a następnie objąłem go. Odruchowo cmoknąłem go w czoło, na co się skrzywił. Michael i Ashton zaś zareagowali śmiechem. Hood odepchnął mnie od siebie, pospiesznie się wycierając.
 Jesteś geniuszem, Hood. Pieprzonym geniuszem  powiedziałem, a potem pognałem na zaplecze. Zdecydowanie chciałem wcielić ten plan w życie.


***
Do końca zostały dwa rozdziały i epilog. Ten rozdział śmiało można zaliczyć do tych spokojniejszych, ale.. Luke dzięki Hoodowi ma dodatkowy plan działania. Z uwagi na to, że zbliżamy się do końca Hemmo nie ma już zbyt wielkiego pola do popisu :D
Mam nadzieję, że mimo wszystko rozdział przypadł Wam do gustu.

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam znajdziecie informacje o tym, co i gdzie się pojawia.

Mała informacja - lub przypomnienie, jeśli o tym wiecie - dla osób lubiących Muke'a. Na początku grudnia pojawi się kolejne ff właśnie z tą dwóją w roli głównej.

Nie przedłużam.

Pozdrawiam i do następnego!

#SexTherapyFF